31
Sie

0

Widmo wielkiej dziury

Wywiad z Andrzejem Rzońcą dla Newsweeka (35/2016) o budżecie, sytuacji gospodarczej i stanie finansów publicznych.

Rozmawia Radosław Omachel

Andrzej Rzońca, szef Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich, główny doradca FOR, były członek Rady Polityki Pieniężnej: Jeśli nie zrealizuje się skrajnie optymistyczny scenariusz w gospodarce, to zapłacimy za to wszyscy, a rządzących zmiecie ze sceny politycznej.

NEWSWEEK: Szef komitetu stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk ostrzegł niedawno, że w projekcie budżetu na 2017 rok brakuje 5 mld zł na sfinansowanie programu 500+. Rząd przeliczył się przy szacowaniu wpływów do budżetu?

ANDRZEJ RZOŃCA: Bieżące wpływy do budżetu są i w najbliższej przyszłości pozostaną dobre. Obecna struktura wzrostu gospodarczego sprzyja budżetowi.
Dlaczego?
– Wzrost gospodarczy napędzają teraz rosnące wydatki konsumpcyjne. Ludzie więcej kupują, bo sytuacja na rynku pracy jest wyśmienita. Mamy rekordowo niskie bezrobocie, coraz więcej ludzi pracuje, zarabia i płaci PIT. Jak się zarabia, to jest z czego wydawać i płacić VAT. Na dodatek więcej zatrudnionych to też więcej pieniędzy ze składek do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, więc budżet może mniej dokładać do FUS.
Czemu zawdzięczamy tę dobrą koniunkturę?
– PiS odziedziczyło ją po poprzednikach. Liczba pracujących rośnie nieprzerwanie od połowy 2013 r., a w latach 2010-2011 też rosła, i to szybko. Na koniec ubiegłego roku pracowało o ponad 600 tys. Polaków więcej niż w 2013 r. i o ponad milion więcej niż w roku 2009. Bezrobocie spadło do takiego poziomu, przy którym siła przetargowa pracowników zaczyna przeważać. Ryzyko utraty pracy mierzone odsetkiem zwolnień stało się najniższe w historii, nawet w 2007 r., w szczycie poprzedniej koniunktury, nie było tak niskie. Przedsiębiorcy nie chcą się pozbywać ludzi, bo mają świadomość, że dobrego pracownika trudno im będzie znaleźć. Ale żeby go zatrzymać, muszą mu więcej płacić. Fundusz płac w przedsiębiorstwach rośnie realnie w prawie dwucyfrowym tempie.
Skoro wszystko tak dobrze się kręci, to dlaczego zabraknie tych 5 mld zł w przyszłorocznym budżecie?
– Dlatego, że program 500+ został wprowadzony bez zapewnienia źródeł finansowania. W tym roku wydatki na 500+ zostały sfinansowane z jednorazowych dochodów z aukcji częstotliwości LTE i nadzwyczajnego zysku NBP, który powstał, bo słaby złoty zwiększył wartość w złotych rezerw dewizowych.
Wicepremier Mateusz Morawiecki na zamkniętym spotkaniu dla sympatyków PiS mówił, że na ten program zapożyczyliśmy się już na 20 mld zł.
– W finansach publicznych Polska nie miała nadwyżki od 1990 roku. Nawet gdyby nie było programu 500+, to i tak mielibyśmy deficyt, pomimo tych jednorazowych wpływów z LTE i NBP, czyli i tak musielibyśmy pożyczać pieniądze na pokrycie części wydatków państwa i zwiększać dług publiczny. Tyle że z powodu 500+ musieliśmy pożyczyć więcej. W tym roku jednorazowe dochody zaciemniły skalę napięć w kasie państwa, ale kiedy tych dochodów nie będzie, napięcia wzrosną.
To można było przewidzieć już rok temu. Dlaczego akurat teraz szef komitetu stałego ostrzega, że brakuje pieniędzy na 500+ w 2017 r.?
– W ustawie o VAT zapisano, że w 2017 r. stawki tego podatku zostaną obniżone. Stawka podstawowa ma spaść z 23 do 22 proc. Budżet straci na tym ponad 7 mld zł. To więcej, niż zyskał na podatku bankowym i od handlu. Deklaracja ministra Henryka Kowalczyka to przygotowanie gruntu pod wycofanie się z tej obniżki.
Jeśli już brakuje pieniędzy na program 500+, to skąd rząd weźmie pieniądze na pozostałe obietnice wyborcze? Rada Ministrów przyjęła niedawno projekt obniżenia wieku emerytalnego i to w wersji najbardziej kosztownej dla finansów państwa, bez uwzględnienia stażu pracy.
– Obniżenie wieku emerytalnego zadziała jak kula śniegowa. Już w pierwszym roku koszty sięgną blisko 10 mld zł, bo przez kilka lat obowiązywał podwyższony wiek emerytalny i przywrócenie stanu poprzedniego spowoduje, że jednorazowo mnóstwo osób nabędzie uprawnienia emerytalne. Ale potem do tych młodych emerytów będą stopniowo dołączać kolejni.
W oficjalnych rządowych dokumentach pojawiają się wyliczenia, że po 2020 r. roczny koszt obniżenia wieku emerytalnego wyniesie 20 mld zł.
– Jeśli ta antyreforma wejdzie w życie, to będziemy mieli najniższy wiek emerytalny kobiet w UE, bo wszędzie tam, gdzie jest on niski, się go podnosi. Jest dla mnie rzeczą niepojętą, jak można obniżać wiek emerytalny w sytuacji zapaści demograficznej! W ciągu dwóch dekad z rynku pracy ubędzie nam nie 2 mln – jak byłoby przy obecnych przepisach – tylko prawie 4 mln osób w wieku produkcyjnym. To gigantyczna zmiana. Szybszy odpływ ludzi z rynku pracy osłabi tempo wzrostu gospodarczego, a także uderzy w dochody budżetu. Spadnie zdolność państwa do finansowania czegokolwiek poza emeryturami. Finansowo stracą także przyszli emeryci, bo dostaną niższe świadczenia. Będziemy mieć średnią emeryturę na granicy minimum socjalnego, a przy tym armię młodych emerytów. W końcu system emerytalny będzie tak przeciążony, że załamie się pod własnym ciężarem.
Skoro koniunktura gospodarcza jest niezła, dochody budżetu systematycznie rosną, to może kasę państwa będzie jednak stać, by do systemu emerytalnego dokładać coraz więcej?
– Wpływy budżetowe rosną teraz za sprawą wzrostu gospodarczego. Ale obecna polityka gospodarcza doprowadzi do osłabienia tempa wzrostu.
Dlaczego?
– W latach 90. motorem wzrostu naszej gospodarki była znacząca poprawa wydajności pracy. Wychodząca z PRL gospodarka z łatwością eliminowała największe marnotrawstwo i poprawiała organizację pracy. Potem znaczący wpływ na podtrzymanie wysokiej dynamiki wzrostu gospodarczego miał wzrost liczby pracujących. Dziś jest ona najwyższa w historii. Ale warunki demograficzne są nieubłagane – mimo podwyższenia wieku emerytalnego osób w wieku produkcyjnym będzie ubywać. W takiej sytuacji szybki wzrost gospodarczy może zapewnić tylko wyraźna poprawa wydajności. Ale polska gospodarka prostych rezerw już nie ma. Żeby szybko zwiększać wydajność pracy, potrzebne są inwestycje i oszczędności, które by je finansowały.
Tyle że dynamika inwestycji ostatnio spada.
– Rok temu odsetek przedsiębiorców, którzy deklarowali, że niepewność jest największą barierą rozwoju, był najniższy w historii. Pod koniec zeszłego roku stał się dla odmiany najwyższy i nie chce spaść. To skutek prowadzonej przez rząd polityki gospodarczej. Choćby wprowadzania podatków sektorowych. Podatek od handlu i podatek bankowy zostały wprowadzone chyba głównie z przyczyn ideologicznych albo z niewiedzy, bo są to podatki zupełnie nieefektywne – dają niewielkie wpływy do budżetu w porównaniu do zniekształceń, które wywołują w gospodarce. „Dobra zmiana” zabija inwestycje.
Najbardziej niepokoi fakt, że rząd eksperymentuje na gospodarce i finansach publicznych w okresie, w którym rośnie ryzyko turbulencji w światowej gospodarce. Dynamika wzrostu w gospodarkach wschodzących siada. Ledwie połowa z nich potrafi nadal zmniejszać lukę w dochodzie na mieszkańca w stosunku do krajów Zachodu, najmniej od kilkunastu lat, i to pomimo wątłego wzrostu na Zachodzie. Po II wojnie światowej jeszcze nigdy nie był on na Zachodzie tak niemrawy jak przez ostatnie osiem lat. Co gorsza, w USA, od których zależy cały świat, niedługo może pojawić się cykliczne spowolnienie, bo obecny okres ożywienia, choć słabego, trwa tam już niemal najdłużej w historii. Eksperymentowanie w takiej sytuacji jest jak proszenie się o poważny kryzys, a Polska ma na tym polu bardzo złe doświadczenia. Przypomnę, że w latach 70. Gierek zafundował nam boom gospodarczy na kredyt. Ten boom skończył się w 1978 r., a potem na nasze problemy wewnętrzne nałożył się kryzys gospodarczy w krajach rozwijających się i w bloku wschodnim. W efekcie, kiedy upadł socjalizm, PKB na głowę mieliśmy podobny jak na początku lat 70. Przez gierkowski boom efektywnie straciliśmy 20 lat wzrostu.
Obawia się pan powtórki tego scenariusza, jeśli rząd będzie nadal zwiększał wydatki?
– Zadaniem rządu powinno być uodparnianie gospodarki na wstrząsy przychodzące z zewnątrz. W 2007 r., u progu globalnego kryzysu finansowego, Polska miała deficyt finansów publicznych w wysokości 1,9 proc. PKB. Dziś deficyt sięga maksymalnego dopuszczalnego progu 3 proc. PKB, a relacja długu do PKB wynosi 52 proc. PKB. Gdyby z powodu wstrząsów zewnętrznych, których nie można wykluczyć, wzrost gospodarczy zmalał do zera, rząd miałby potężne problemy z utrzymaniem deficytu w okolicach 5 proc. PKB. I to nawet wtedy, gdyby kosztowne obietnice wyborcze pozostały na papierze. A kiedy dług publiczny skoczy do 60 proc., zgodnie z konstytucją trzeba będzie mocno ograniczać wydatki budżetowe i drastycznie podnosić podatki. To nie jest nierealny scenariusz, dlatego rząd powinien robić wszystko, żeby wzmacniać finanse publiczne. A robi coś zupełnie przeciwnego: wprowadził program 500+, obniża wiek emerytalny i zapowiada podniesienie kwoty wolnej od podatku.
Ta ostatnia obietnica powoli się rozmywa, podatek PIT ma zostać zastąpiony przez jedną nową daninę.
– Ale zapowiedzi podniesienia kwoty wolnej są aktualne, choć Ministerstwo Finansów próbuje przekonać partię, żeby robić to stopniowo – o tysiąc złotych rocznie.
Budżet to wytrzyma?
– Podniesienie kwoty wolnej do 8 tys. zł spowodowałoby wyrwę w dochodach budżetu na 21 mld zł rocznie. Moim zdaniem wprowadzenie takiego rozwiązania bez podwyższenia stawek VAT jest nierealne.
Załóżmy jednak, że rząd na takie rozwiązanie się zdecyduje i jednocześnie obniży wiek emerytalny.
– Program 500+ kosztuje 23 mld zł rocznie. Obniżenie wieku emerytalnego na początku obciąży finanse państwa na 10 mld zł, potem ta suma będzie rosła o około 2 mld co roku. Gdyby doliczyć koszt podwyższenia kwoty wolnej, to w sumie obciążenie finansów państwa wzrośnie o ok. 55 mld zł rocznie i będzie narastać. A przecież już dziś dziura budżetowa przekracza 50 mld zł. Grozi nam więc wzrost deficytu do ponad 100 mld zł.
Nie wierzy pan w plan zwiększania dochodów z podatków?
– W najbardziej optymistycznym scenariuszu Ministerstwo Finansów zakłada, że na uszczelnieniu systemu podatkowego budżet zyska 17 mld zł w 2017 r., 27 mld w 2018 i 33 mld w 2019 roku. Nawet gdyby trzymać się tego scenariusza, to i tak prawie połowa nowych obciążeń finansów państwa nie będzie miała pokrycia w jego dochodach. Ten plan się nie spina, a jego realizacja to ogromne ryzyko. Rząd podejmuje je przy niestabilnym otoczeniu gospodarczym i przy wysokim wyjściowym deficycie.
Jest w tym jakaś logika?
– Według mnie rząd obstawia skrajnie optymistyczny scenariusz, w którym nic się nie wydarzy na świecie, gospodarka będzie się rozwijać coraz szybciej, a efekty uszczelniania systemu podatkowego będą znakomite. Tyle że jeśli ten scenariusz się nie spełni, to taka polityka rządzących będzie nas wszystkich słono kosztować. A ich zmiecie ze sceny politycznej.

Żródło: Newseek 35/2016
Fot. Newsweek